Kiedy udostępnienie utworu jest „publiczne”: orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE

Jakiś czas temu pełnomocnik powoda usiłującego wykazać pozwanemu mocno wątpliwe naruszenie prawa autorskiego uraczył sąd wywodem, jakoby w prawie autorskim rozpowszechnianie dzieliło się na rozpowszechnianie publiczne i niepubliczne. Swój zaskakujący wniosek wywiódł z faktu, że w niektórych przypadkach pól eksploatacji wymienionych w art. 50 pkt 2 i 3 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych ustawodawca posłużył się przymiotnikiem „publiczny”, a w niektórych nie. Np. raz mówi o „publicznym wykonaniu”, a raz o „wyświetleniu”, albo „wprowadzeniu do obrotu”.

Oczywiście wnioskowanie przedstawione wyżej jest absurdalne. Już z definicji legalnych kilku pól eksploatacji, w przypadku których ustawodawca nie użył przymiotnika „publiczny”(np. wprowadzenia do obrotu, nadawania) wynika, że w art. 50 pkt 2 i 3 pr.aut ustawodawcy chodziło o różne formy komunikowania utworu publiczności. Analogiczny wniosek wyprowadzić można również z definicji utworu rozpowszechninego (art. 6 ust. 1 pkt 3 pr.aut.), który wspomina o utworze udostępnionym publiczności. Problem w tym, że jak się próbuje zdefiniować pojęcie publiczności, pojawiają się nieprzewidziane problemy. Ostatnio pochylałem się nad tym pisząc komentarz do art. 6 pr.aut. i ku mojemu zaskoczeniu trudno było znaleźć kilka dobrze brzmiących cytatów.

W literaturze przedmiotu wskazuje się, że z pewnością  nie jest publiczne to, co mieści się w kategoriach dozwolonego użytku prywatnego  (zob. np. E. Traple w: J. Barta (red.), System prawa prywatnego. Tom 13. Prawo autorskie, Warszawa 2007, s. 178). To stwierdzenie jest oczywiście prawdziwe. Nie jest jednak uprawnione twierdzenie odwrotne, tj. przyjęcie, że z publicznym udostępnieniem utworu mamy do czynienia zawsze wtedy, gdy nie są spełnione przesłanki dozwolonego użytku prywatnego. Przyjęcie, że publiczność jest „negatywem” dozwolonego użytku publicznego oznaczałoby, że publiczność powinniśmy definiować jako każde udostępnienie utworu poza kręgiem rodziny i znajomych, nawet jeżeli odbywa się jednej, ściśle oznaczonej osobie, z którą łączą nas np. relacje zawodowe. Byłoby to niewątpliwie jakieś kryterium rozróżnienia przekazu „publicznego” od „niepublicznego”, tyle że wywracające przy okazji do góry nogami całe prawo autorskie.

Żeby rzecz zredukować do absurdu można podać jeden przykład. Przyjmując tok rozumowania, zgodnie z którym każde udostępnienie utworu poza kręgiem rodziny i znajomych ma charakter publiczny,  należałoby przyjąć, że przesłanie przez pisarza maszynopisu książki do wydawnictwa jest publicznym udostępnieniem, a więc skutkuje nie tylko rozpowszechnieniem, ale i publikacją utworu,  ze wszystkimi skutkami, jakie ustawa wiąże z tym faktem, w zakresie i dozwolonego użytku, i czasu ochrony i uprawnień osobistych (skorzystania z prawa pierwszego udostępnienia utworu publiczności). Rozumowanie wiążące publikację z dozwolonym użytkiem prywatnym jest więc po prostu błędne.

Na szczęście z odsieczą przychodzi TS UE. Trybunał konsekwentnie przyjmuje, że pojęciu „publiczności” należy nadać w całej Wspólnocie autonomiczną i jednolitą wykładnię. Jego treść nie może być więc ustalana na poziomie prawa krajowego. Definicja „publiczności” w orzecznictwie TS UE podlega przy tym pewnej ewolucji. Widać to po kolejnych orzeczeniach. Wyliczanie wszystkich orzeczeń nie ma tu większego sensu. Warto przytoczyć tu następujące cytaty:

określenie „publiczne” oznacza, iż chodzi o nieokreśloną liczbę potencjalnych telewidzów

Wyrok w sprawie C-306/05 – SGAE/Rafael Hoteles SA

pojęcie publiczności oznacza „nieokreśloną liczbę odbiorców, i zakłada dodatkowo dość znaczną liczbę osób”

Wyrok w sprawie C-607/11 ITV i in./TV Catchup Ltd.

określenie „publiczne” w rozumieniu art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29 oznacza, iż chodzi o nieokreśloną liczbę potencjalnych odbiorców, i zakłada dodatkowo dość znaczną liczbę osób […] kryterium dotyczące „dość znacznej liczby osób”, ma […] na celu zaznaczenie, że termin „publiczne” zawiera w sobie pewien minimalny próg, co wyklucza z tego pojęcia zbyt małą lub nieznaczną liczbę danych osób”. Dlatego klienci gabinetu dentystycznego „tworzą oni zwykle krąg osób, którego skład jest w dużym stopniu ustabilizowany, i że stanowią zatem określony krąg potencjalnych odbiorców, ponieważ inne osoby nie mają co do zasady dostępu do wykonywanych przez dentystę zabiegów”.

Wyrok w sprawie C-135/10 Società Consortile Fonografici v Marco del Corso

Czyli z „publicznością” mamy do czynienia jeżeli:  a) krąg potencjalnych odbiorców jest z góry nieograniczony, b) jest on przy tym dosyć znaczny.  Podejście takie ma dwa aspekty. Po pierwsze oznacza, że kiedy utwór dostępny był dla nieznacznej liczby (kilku) osób, nie ma mowy o publiczności i nie badamy, czy liczba osób była ograniczona (tzn. byli oni w jakiś sposób imiennie zidentyfikowani przez udostępniającego utwór) czy nie. Po drugie można argumentować, że jeżeli liczba potencjalnych odbiorców jest znaczna – np. obejmuje kilkaset osób, to nawet jeżeli stanowią oni zamknięty krąg odbiorców (np. są zatrudnieni w jednym przedsiębiorstwie) nie można mówić o braku publiczności.

Buffer this pageShare on LinkedInTweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+

Zbigniew Okoń

Jestem prawnikiem, radcą prawnym, doktorem nauk prawnych. Pracuję zawodowo, naukowo i sporo wykładam. Od blisko 20 lat moja aktywność koncentruje się wokół prawa nowych technologii i prawa marketingu. Więcej…

Może Ci się również spodoba